A. Cole & C. Bunch        Sten

    . 38 .    

    Imperator miał kamienną twarz. Zimną. Mahoney stał przed nim, wyprężony na baczność.

    - Wszystkie ślady AM2 zniszczone?

    - Tak jest, sir!

    - Vulcan ma już nowy rząd?

    - Tak jest, sir!

    - A Thoresen?

    - Ummm, nie żyje, sir.

    - Rozumiem. Myślałem, że rozkazałem brać go żywcem?

    - Tak jest, sir!

    - A więc dlaczego nie wykonano moich rozkazów?

    - Bez uzasadnienia, sir.

    - Bez uzasadnienia? To wszystko, co możesz powiedzieć?

    - Tak jest, sir.







    Mahoney stał nad Stenem, który usiłował przyjąć pozycję "baczność" najlepiej jak umiał. Bardzo trudne, jeśli się jest obandażowanym od stóp do głów.

    - Właśnie wróciłem od Imperatora. Sten czekał.

    - Miał kilka słów raczej przykrego komentarza. Zwłaszcza, żołnierzu, o małej sprawie złamania rozkazu. Imperatorskiego rozkazu.

    Sten wyobraził sobie, co zrobił, westchnął w myślach głęboko i przygotował się na najgorsze. Zapewne egzekucja.

    - Masz coś do powiedzenia na swoją obronę, poruczniku?

    Sten miał. Ale pomyślał, że nie warto. Po co tracić oddech? Był już skazanym człowiekiem...

    - Czekam, poruczniku.

    - Umm, przepraszam bardzo, sir - zaskrzeczał Sten. - Ale nazwał mnie pan właśnie porucznikiem.

    Mahoney zaśmiał się, a potem usiadł na brzegu szpitalnego łóżka.

    - Bezpośredni rozkaz samego Imperatora, stary. - Sięgnął do swojej tuniki i wyciągnął parę małych, srebrnych pasków. I nóż Stena. Położył je na łóżku.

    Sten był pewien, że albo śni, albo Mahoney oszalał. Albo i jedno, i drugie.

    - Ale ja myślałem, że ja, to znaczy...

    - Zupełnie przypadkiem udało ci się spełnić najgorętsze życzenie szefa - powiedział Mahoney.

    - Chciał, żeby Thoresen zginął?

    - Nie życzył mu najlepiej. No i to oszczędziło całej masy wyjaśnień.

    - Tak, ale ten awans - stwierdził Sten. - Raczej nie jestem typem oficera.

    - Nie mogę się z tym nie zgodzić. Ale Imperator myśli inaczej. A dobry żołnierz zawsze słucha swojego przełożonego. Czyż nie, poruczniku?

    Sten uśmiechnął się.

    - Prawie zawsze - powiedział. Mahoney wstał, aby odejść.

    - A co z Bet?

    - Jeżeli nie masz nic przeciwko - odrzekł Mahoney - to przyłączy się do Zespołu Modliszki.

    Sten nie miał żadnych obiekcji.







    Wieczny Imperator z namaszczeniem odkurzył butelkę, wyciągnął korek i nalał dwa rzetelne drinki. Mahoney podniósł jeden. Popatrzył na niego podejrzliwie.

    - To znowu szkocka, szefie? - chciał się dowiedzieć.

    - Tak. Ale tym razem prawdziwa.

    - Skąd?

    - Nie powiem.

    Mahoney upił łyk. Zakrztusił się.

    - Co u...?

    Wieczny Imperator rozpromienił się. Pociągnął porządnie. Obracał płyn w ustach, napawając się smakiem.

    - Taka, jak trzeba - powiedział. Napełnił znowu szklankę.

    - Zrobiłeś wszystko jak należy? W sprawie Stena?

    - Tak, jak pan powiedział, szefie.

    Imperator pomyślał przez chwilę.

    - Daj mi znać, jak on sobie radzi. Myślę, że trzeba mieć na niego oko.

    - Jestem tego pewien, szefie. Całkowicie pewien.

    Mahoney zmusił się do wypicia drinka. A poty wyciągnął szklankę po następną porcję. W tego rodzaju pracy musi się mieć pewność, że szef jest szczęśliwy.

    A Wieczny Imperator nienawidził pić w samotności.

K O N I E C