![]() |
![]() | |
Mahoney stał nad Stenem, który usiłował przyjąć pozycję "baczność" najlepiej jak umiał. Bardzo trudne, jeśli się jest obandażowanym od stóp do głów. - Właśnie wróciłem od Imperatora. Sten czekał. - Miał kilka słów raczej przykrego komentarza. Zwłaszcza, żołnierzu, o małej sprawie złamania rozkazu. Imperatorskiego rozkazu. Sten wyobraził sobie, co zrobił, westchnął w myślach głęboko i przygotował się na najgorsze. Zapewne egzekucja. - Masz coś do powiedzenia na swoją obronę, poruczniku? Sten miał. Ale pomyślał, że nie warto. Po co tracić oddech? Był już skazanym człowiekiem... - Czekam, poruczniku. - Umm, przepraszam bardzo, sir - zaskrzeczał Sten. - Ale nazwał mnie pan właśnie porucznikiem. Mahoney zaśmiał się, a potem usiadł na brzegu szpitalnego łóżka. - Bezpośredni rozkaz samego Imperatora, stary. - Sięgnął do swojej tuniki i wyciągnął parę małych, srebrnych pasków. I nóż Stena. Położył je na łóżku. Sten był pewien, że albo śni, albo Mahoney oszalał. Albo i jedno, i drugie. - Ale ja myślałem, że ja, to znaczy... - Zupełnie przypadkiem udało ci się spełnić najgorętsze życzenie szefa - powiedział Mahoney. - Chciał, żeby Thoresen zginął? - Nie życzył mu najlepiej. No i to oszczędziło całej masy wyjaśnień. - Tak, ale ten awans - stwierdził Sten. - Raczej nie jestem typem oficera. - Nie mogę się z tym nie zgodzić. Ale Imperator myśli inaczej. A dobry żołnierz zawsze słucha swojego przełożonego. Czyż nie, poruczniku? Sten uśmiechnął się. - Prawie zawsze - powiedział. Mahoney wstał, aby odejść. - A co z Bet? - Jeżeli nie masz nic przeciwko - odrzekł Mahoney - to przyłączy się do Zespołu Modliszki. Sten nie miał żadnych obiekcji. | ||
![]() |
![]() |